Lovely - Glossy, Ultraczarny eyeliner o wysokim połysku.

Lovely - Glossy, Ultraczarny eyeliner o wysokim połysku.


 


Gdybym miała wybrać jeden kosmetyk, bez którego mój makijaż się nie obędzie, to jest to zdecydowanie eyeliner. Mogę zrezygnować z każdej innej rzeczy, nawet z podkładu (choć i tak mój make up składa się najczęściej tylko z niego i eyelinera), ale makijaż bez kresek u mnie nie istnieje. Mimo, że są niewielkie, to bardzo zmieniają wygląd oka, a nawet i twarzy.


Eyelinera 'Glossy' od marki Lovely, używam ponad pół roku. Jest ultraczarny o wysokim połysku, w formie płynu. Od zawsze sięgam tylko i wyłącznie po linery z pędzelkiem, bo te w pisaku mi totalnie nie podchodzą . Tu jest on odpowiednio wyprofilowany, wygodnie układa się w dłoni i bardzo łatwo maluje się nim kreskę, dokładnie taką jaką chcemy. Za to naprawdę ogromny plus! Jedynym minusem w pędzelku jest to, że dwukrotnie, w pierwszych dniach po zakupie, musiałam z niego wyrywać pojedyncze włoski, bo brzydko odstawały na bok. Później już nic podobnego się nie działo. 



Co do koloru - czerń jest głęboka i połyskująca. Ja akurat o wiele bardziej wolę matowe kreski, ale na powiece błysk wygląda ładnie, więc jestem zadowolona z efektu jaki daje. Kreska wytrzymuje u mnie na powiece zawsze cały dzień, także trwałość oceniam bardzo dobrze. Przy zmywaniu eyeliner jest trochę problematyczny. Po potarciu schodzi z powieki płatami, przez co można je roznieść gdzieś dalej na twarz, no i często też część zaschniętego płynu zostaje między rzęsami. 
Ogólnie daje mu 7/10, bo ma ładny i intensywny kolor, pędzelek, którym się świetnie maluje oraz fajną trwałość. Eyeliner kosztował 9.49zł w Rossmannie. Buteleczka zawiera 2,5ml produktu.

Kitchen Spice - daylight od Kringle Candle | świeczka zapachowa | kuchenne przyprawy

Kitchen Spice - daylight od Kringle Candle | świeczka zapachowa | kuchenne przyprawy

Kitchen Spice, daylight od Kringle Candle, to z pewnością bardzo intrygujący zapach. Jako fanka korzennych przypraw zarówno w kuchni, jak i w świeczkach, nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Korzenne zapachy nie mają zbyt wielu zwolenników, najczęściej ze względu na zbyt intensywny aromat, ale ja jestem ich absolutną miłośniczką. Producent obiecuje "błogą mieszankę aromatycznych przypraw i szczypty tego co najprzyjemniejsze". Brzmi ciekawie, prawda? Nawet jeśli kogoś nie zachęci opis, to może ta piękna naklejka da radę? Mnie totalnie urzekła! 😍


Kompozycja zapachowa Kitchen Spice, to tak jak wspomniałam mieszanka kuchennych przypraw. Dominuje w niej cynamon, a w tle wyczuwam goździki z delikatnie ostrymi nutami oraz gałkę muszkatołową, która nadaje całości łagodności i słodyczy. Zapach podczas palenia jest niemal identyczny jak ten, który czuje się na sucho, aczkolwiek nie jest on wtedy aż tak pikantny.. Za każdym razem, gdy podnosiłam wieczko, by powąchać daylight w opakowaniu, zaczynało mnie lekko kręcić w nosie.. Dobrze, że ta ostrość w trakcie palenia nie jest tak intensywna, bo nie byłoby wtedy za ciekawie. :D Jeśli kiedykolwiek podsmażałyście przyprawy korzenne na rozgrzanej patelni, to na pewno będziecie wiedziały o co chodzi. 😛


Kitchen Spice świetnie się sprawdzi w chłodne jesienne i zimowe wieczory, zwłaszcza wtedy, gdy możemy popijać w trakcie palenia herbatkę lub grzańca. 😍 Jest to zapach bardzo mocny i dość ciężki, a jednocześnie ciepły i bardzo apetyczny. Jest wyraźnie wyczuwalny w pomieszczeniu już po kilku minutach minutach od zapalenia. Żeby wypełnić swoim aromatem duży pokój, potrzebuje około 10-15 minut. Po zgaszeniu czuć go mocno jeszcze przez jakieś 2-3 godziny. Na pewno nie polecam go do małych pomieszczeń, bo wtedy będzie łatwo o ból głowy. Jestem zachwycona tym zapachem pod każdym względem! 
Welcome Home, daylight, świeczka zapachowa - Country Candle

Welcome Home, daylight, świeczka zapachowa - Country Candle


Uwielbiam aromat korzennych przypraw, jestem ich wielką fanką i to właśnie w takich klimatach zaczynałam swoją przygodę z woskami i świeczkami zapachowymi, więc zawsze z radością do nich wracam. W świeczce zapachowej Welcome Home marki Country Candle, producent  łączy korzenne nuty z delikatnym odcieniem pieczonego chleba oraz ciepłem ogniska, która ma nam dać poczucie bezpieczeństwa i spokoju, jakie odczuwamy wracając do domu. Czy faktycznie zapach tego daylighta kojarzy się z domową atmosferą? Według mnie tak!

Korzenne aromaty na myśl przywodzą głównie święta, a jak święta to i domowa atmosfera. Tu jest trochę inaczej przedstawiona niż zazwyczaj to bywa w świeczkach.. W tym przypadku nazwa i naklejka nie mają świąteczno-zimowych akcentów co mi się bardzo podoba. 'Witaj w domu', w tle kanapa, stolik, a na na niej imbryczek i filiżanki - przytulna atmosfera, którą można mieć w domu na co dzień, niezależnie od pory roku. :)


A teraz trochę o zapachu.. Na sucho jest bardzo cynamonowy, tak mocny i intensywny, że nic więcej poza nim nie wyczuwam. Ja akurat lubię to jak pachnie, ale z pewnością wielu osobom by nie przypadł do gustu, głównie przez intensywność. Po odpaleniu aromat się delikatnie zmienia. Nadal głównie wyczuwalny jest cynamon, ale w tle można łatwo wyłapać też liście laurowe, czy bardziej słodkie goździki. Chwilami odnoszę wrażenie, że zapach podbity jest drzewnymi nutami, ale nie wyczuwam ich przez cały czas, tylko w randomowych momentach. 

Welcome Home to zdecydowanie ciepły, otulający i rozgrzewający zapach. Jest też bardzo 'jadalny', ponieważ od razu kojarzy mi się z herbatą czy ciastkami korzennymi. Idealnie sprawdzi się w większych pomieszczeniach, bo w tych mniejszych może być zbyt duszący. Po rozpaleniu jest szybko wyczuwalny. Jest to jeden z moich świeczkowych ulubieńców.
Lakier do paznokci od CR Cairuo z serii Focus Glitter - czerń z dodatkiem srebrnego brokatu, nr 06.

Lakier do paznokci od CR Cairuo z serii Focus Glitter - czerń z dodatkiem srebrnego brokatu, nr 06.

Hej! Hybrydy to ostatnio najczęściej wybierana forma manicure, dlatego zapewne spora część kobiet rzadko używa zwykłe lakiery do paznokci (o ile w ogóle to robi). Ja akurat sięgam tylko po zwyklaczki, gdyż hybrydy nie są dla mnie - jestem zbyt niecierpliwa, żeby poświęcać kilka godzin na ich robienie. 😂 Przez ostatnie lata używałam głównie samych jasnych odcieni, ale ostatnio zaczęły mi się znów bardziej podobać te ciemne.
Na lakier o numerze 06, z serii Focus Glitter, marki CR Cairuo, wpadłam przez przypadek. Dorwałam go w chińczyku za jedyne 2 zł, a tak niska cena raczej nie zapowiadała niczego 'wow', jednak kolor tak ładnie wyglądał na wzorniku, że musiałam go wziąć i przetestować na własnych paznokciach.


Lakier ma mega wygodny pędzelek, dzięki któremu w łatwy sposób pokrywa się dokładnie całą płytkę paznokcia. Zawsze sprawiało mi to problem, a tu wręcz nie muszę się nawet jakoś bardzo starać! Konsystencja jest idealna - na tyle płynna, że szybko się rozprowadza i na tyle gęsta, że bez problemu można kontrolować by nie nałożyć zbyt dużo lakieru i by nie spływał poza płytkę. Jedna warstwa jest już dobrze widoczna i wygląda ładnie, ale pozostawia lekkie prześwity, za to dwie zapewniają całkowite krycie. Czerń jest głęboka, a brokat pięknie połyskuje. Wygląda to przecudnie na paznokciach! 🖤
Lakier schnie jakieś pół minuty. Trwałość oceniam bardzo dobrze. Po 3-4 dniach lakier delikatnie zaczyna się ścierać na czubkach paznokci, ale poza tym nie dzieje się z nim nic niefajnego do czasu aż go zmyję, a zazwyczaj robię to po tygodniu. Czasami zabezpieczam go bezbarwnym lakierem, a wtedy nic się nie ściera.


Buteleczka ma pojemność 18ml. Przez 5 miesięcy otwierałam ją wielokrotnie i nie zauważyłam by konsystencja się zmieniła. Kolejnym plusem jest to, że lakier nie śmierdzi - tzn. pachnie jak typowy lakier, ale nie jest to jakiś dziwny i nieprzyjemny zapach, jak to często bywa w takich tanioszkach. Jak widać nie zawsze to co tanie, jest słabe. Przed tym lakierem wypróbowałam wiele innych czarnych kolorów (znanych marek, droższych wielokrotnie) i żaden mi nie podpasował. Dla mnie ten od CR Cairuo to obecnie ideał! :) 
SuperStay Matte Ink od Maybelline - najtrwalsza drogeryjna pomadka?

SuperStay Matte Ink od Maybelline - najtrwalsza drogeryjna pomadka?

Hej! :) Należę do kobiet, które rzadko malują usta, bo osobiście lepiej się czuję z małą ilością makijażu i zazwyczaj ograniczam się tylko do użycia podkładu i zrobienia kresek na powiece, jednak gdy już najdzie mnie ochota na jakiś kolor na ustach, to używam pomadki lub szminki, która sprawi, że będę czuć się z nią w 100% komfortowo. Przez wiele lat szukałam swojego ideału, ale zazwyczaj nie odpowiadał mi do końca kolor, czy też słaba trwałość. Ważna przy wyborze pomadki była również cena. W związku z tym, że sięgałabym po nią tylko raz na jakiś czas, to nie chciałam wydawać nie wiadomo ile pieniędzy na kosmetyk, który większość czasu leży nieużywany, dlatego moje poszukiwania skupiały się na głównie na drogeryjnych produktach.
Na swój ideał trafiłam dzięki koleżance. Na moje urodziny dostałam właśnie od niej szminkę SuperStay Matte Ink od Maybelline, w odcieniu 15 Lover. Słyszałam o tych pomadkach wiele razy i to w większości same pozytywy, jednak nie mam pojęcia czemu sama po nią nie sięgnęłam. Co śmieszniejsze - nawet kupowałam wcześniej dokładnie tę samą pomadkę, ale też dla kogoś na urodziny. :D


SuperStay Matte Ink, marki Maybelline to pomadki, które dostaniemy w wielu drogeriach, zarówno stacjonarnych jak i internetowych. Można je dorwać już nawet od 13zł (najczęściej na promocji), także cena baaardzo niska. Czemu? Bo według mnie to najlepsza i najtrwalsza drogeryjna pomadka ever! :)
Do wyboru mamy kilkanaście kolorków, a ja tak jak już wspominałam mam odcień 15 Lover. Dla mnie jest to róż wpadający w kolor bordowy, ale nie znam się za bardzo na opisywaniu kolorów pomadek, więc może sobie odpuszczę pisanie czegokolwiek więcej w tym temacie. :D 

Pomadka zamknięta jest w eleganckim pojemniczku o pojemności 5ml. Kolor opakowania ma sugerować kolor pomadki i w przypadku 15 Lover różni się tylko minimalnie, bo na ustach jest delikatnie ciemniejszy. Nie jest to jednak wielka różnica, bo gdybym nie porównała opakowania przyłożonego do maźniętej tym kolorkiem skóry, to bym nie zauważyła tego wcale.





Konsystencja pomadki jest płynna, lecz delikatnie gęsta, przez co można mieć wrażenie, że przy aplikacji będzie się trochę mazać, ale nic bardziej mylnego, bo rozprowadza się ją na ustach bez najmniejszego problemu. Aplikator jest bardzo wygodny i precyzyjny w użyciu. Łatwo jest skorygować kształt ust, czy też dojechać do kącików bez obaw, że się za mocno wyjedzie poza kontur. Zawsze miałam problem z tym przy pomadkach i szminkach, że wyjeżdżałam za mocno, a potem musiałam poprawiać je kilka razy, przez co przestałam całkowicie po nie sięgać, jednak to cudeńko jest całkiem inne. Jednorazowo nabiera się odpowiednią ilość produktu i usta są dobrze pokryte już po jednym przeciągnięciu, bo pigmentacja pomadki jest bardzo dobra


Niestety po nałożeniu pomadka mocno się klei i trzeba poczekać kilka minut aż całkowicie zastygnie, więc najlepiej wtedy nic nie mówić i ogólnie nie ruszać ustami, bo to co jest na górnej wardze może się przylepić do dolnej i na odwrót, a wygląda to niefajnie, no i trzeba wtedy poprawiać, żeby nie było nierówności.. Ważne jest też to, żeby nie przesadzać z ilością, bo wtedy trzeba odczekać dłużej. Jest to jednak jedyny minus w pomadkach z tej serii.

Gdy pomadka już zastygnie to daje przepiękny efekt na ustach, aczkolwiek nie powiedziałabym, że jest to typowy mat, bo delikatnie się błyszczy. Jeśli chodzi o trwałość, to jest to zdecydowanie najtrwalsza pomadka jaką kiedykolwiek używałam! Wytrzyma niemal cały dzień i to bez poprawek, nawet po jedzeniu czy piciu. Tylko przy tłustym jedzeniu zjada się trochę od środka, jednak robi to równo i w sposób estetyczny. Ze zmyciem pomadki radzi sobie wyłącznie płyn dwufazowy lub olejek, bo zwykłe mleczko czy płyn nie dadzą rady.

Znacie pomadki z tej serii? Jesteście z nich zadowolone? A może macie innych ulubieńców? :)
Adopcja pand wielkich | góry Qinling w Chinach | Pomagaj z WWF

Adopcja pand wielkich | góry Qinling w Chinach | Pomagaj z WWF

Cześć!
Jak pewnie część z Was wie - kocham pandy. 🐼 Od dziecka jestem zakochana w tych wspaniałych zwierzątkach! Jako mała dziewczynka marzyłam o tym, żeby mieć gromadkę pand i móc się nimi opiekować. Marzenia z dzieciństwa można realizować w każdym wieku i chociaż nie do końca miałam możliwość żeby wyglądało identycznie jak gdy to sobie wyobrażałam jako dziecko, to tak jak chciałam pomagać pandom i troszczyć się o nie, tak się stało - zaadoptowałam je za pośrednictwem organizacji WWF i zostałam oficjalnie opiekunką pand wielkich z gór Qinling w Chinach. 💖 Taki prezent zrobiłam sobie na moje 23 urodziny, więc 1,5 roku temu, jednak postanowiłam Wam opisać o co w tej całej adopcji chodzi, bo to super sprawa! 


WWF jest jedną z największych na świecie organizacji działających na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Adopcja polega na wspieraniu organizacji WWF m.in. poprzez donacje, dzięki czemu w moim przypadku - pomagam chronić pandy wielkie zarówno teraz jak i w przyszłości. Mamy możliwość jednorazowej darowizny oraz comiesięcznej. Ja zdecydowałam się na drugą opcję, ponieważ chcę mieć cały czas wkład w pomoc, no i oprócz tego taka opcja pozwala na wpłaty niższych kwot co miesiąc, zamiast jednorazowo sporej sumy.
Obecnie liczba pand żyjących na wolności wynosi ok. 1860 osobników! To strasznie mało! Jeszcze do niedawna te cudowne zwierzątka były zagrożone wyginięciem. Na szczęście populacja pand wielkich powoli, lecz systematycznie rośnie, co pozwoliło obniżyć status ich gatunku z 'zagrożonego' na 'narażony na wyginięcie'! To wszystko dzięki wsparciu ludzi i pracy wspaniałych osób, które tymi pandami się opiekują! Mam nadzieję, że z każdym rokiem będzie coraz lepiej i przybędzie nam nowych osobników. 🐼

W paczuszce powitalnej otrzymałam maskotkę pandę wielką, trzy książeczki o pandach i WWF, trzy zakładki, naklejki z pandami oraz list z potwierdzeniem adopcji. Trzy razy w ciągu roku dostałam na mój adres 'magazyny' z newsami na temat zaadoptowanych przeze mnie pand. Są tam m.in. informacje o tym w jaki sposób dokładnie pomagam organizacji WWF, ciekawostki o moich pandach, opisane ich zachowania, zdjęcia z kamer, wywiady z opiekunami. Oprócz tego kilka razy w miesiącu przychodzą do mnie maile od WWF z informacjami na temat ich działań. Koniecznie muszę dodać, że adoptowałam pandy w czasie gdy mieszkałam w Anglii, więc na angielskiej stronie WWF. Na polskiej nie ma możliwości wyboru pand wielkich, ale za to jest wiele innych cudownych zwierzątek, które potrzebują naszej pomocy! :)




Jeśli macie ochotę wspierać WWF i również adoptować wybrane zwierzątko - panterę śnieżną, sóweczkę, rysia, niedźwiedzia, wilka, fokę szarą, morświna lub tygrysa, to koniecznie wejdźcie TU.  Poprzez wirtualną adopcję dajecie tym zwierzętom szansę na przetrwanie! Tak jak pisałam wcześniej - adopcja może być ciągła i obejmować comiesięczne darowizny, jak i również jednorazowa. Kwota, którą chcemy wesprzeć WWF zależy tylko i wyłącznie od nas ( minimum to 5 złotych ). Adoptować można 'dla siebie' lub 'na prezent', więc serdecznie Was do tego zachęcam.
Ja jestem przeszczęśliwa, że mogę w jakiś sposób dbać i troszczyć się m.in. o pandy, bo każda pomoc dla nich jak i innych zwierząt czy również przyrody jest przeogromnie ważna! 
Bright Grapefruit - sampler od Yankee Candle z serii Home Inspiration

Bright Grapefruit - sampler od Yankee Candle z serii Home Inspiration

Hej hej! Dziś przychodzę do Was z recenzją samplera od Yankee Candle - Bright Grapefruit. Jest to zapach pochodzący z serii Home Inspiration, z której produkty są dostępne w sklepach Asda w UK. Niestety u nas w Polsce nie była i nie jest dostępna ta seria, nad czym bardzo ubolewam, bo propozycje zapachowe są bardzo ciekawe i z pewnością znalazłyby wielu zwolenników. Bright Grapefruit z jednej strony bardzo mnie ciekawił i nie mogłam się doczekać aż w końcu go odpalę, a z drugiej odkładałam go kilka razy i sięgałam po inne produkty od Yankee. Uwielbiam owocowe nuty zapachowe, zwłaszcza cytrusowe, jednak strasznie nie lubię grejpfrutów i bałam się, że aromat samplera będzie tak samo nieprzyjemny dla mnie jak smak tego owocu. Czy moje obawy były słuszne? 


Sampler prezentuje się przepięknie - wosk jest jasnoróżowy, a naklejka kolorowa i zdecydowanie przyciąga wzrok. Widnieją na niej czerwone, żółte i zielone owoce grejpfruta oraz liście. Moim zdaniem Bright Grapefruit ma najładniejszą szatę graficzną ze wszystkich grejpfrutowych zapachów od Yankee Candle. Głównie przez ten uroczy wygląd byłam tak ciekawa tego samplera, bo skoro tak cudnie wygląda, to czy mógłby aż tak zawieźć zapachem?

Mimo, że smaku grejpfruta nie cierpię, tak ten zapach pokochałam.. Jest to grejpfrut w słodkim wydaniu, bardzo apetyczny! Jest bardzo realistycznie oddany, więc czuć lekko goryczkę charakterystyczną dla tego owocu, ale jednocześnie jest ona przełamana bardzo słodkim aromatem, przypominającym mi cukier. Tak się bałam tej cierpkości, a tu mi ani trochę ona nie przeszkadza, a wręcz uważam, że bez niej byłoby zbyt nudno.



Na sucho jak i po rozpaleniu zapach jest intensywny. Sampler trzymałam długi czas w plastikowej osłonce z innymi świeczkami i tam zdecydowanie dominował zapachem nad innymi. Włożyłam go do szafy z ubraniami na jakiś czas z nadzieją, że i tam wypełni przestrzeń i tak też się stało, a po otwarciu drzwi czuć do razu słodki grejpfrut. Co do zapachu po tym jak już pali się w kominku - jest szybko wyczuwalny w średniej wielkości pomieszczeniu i dosyć intensywnie. Jest nieco delikatniejszy niż na sucho, jednak cały czas bardzo cytrusowy i sprawiający wrażenie, jakby się miało pod nosem świeżo przekrojone grejpfruty zasypane cukrem. Po zgaszeniu zapach unosi się w powietrzu jeszcze do godziny.

Jestem zdecydowanie na tak dla Bright Grapefruit i według mnie jest to fajna propozycja na lato. Soczysty słodki i owocowy zapach, który na pewno spodoba się fanom cytrusowych aromatów! 
Rozświetlający Rytuał z Le Petit Marseillais

Rozświetlający Rytuał z Le Petit Marseillais

Hej!
Wracam do Was z wpisem kosmetycznym - tych zdecydowanie u mnie za mało, ale obiecuję, że będzie ich znacznie więcej! :) 'Rozświetlający Rytuał' od Le Petit Marseillais to rozświetlająca linia kosmetyków, które idealnie sprawdzą się w letnie dni. Muszę Wam powiedzieć, że wcześniej nie miałam okazji używać produktów tej marki, więc tym bardziej byłam ciekawa tego zestawu.

Seria Rozświetlający Rytuał obejmuje takie produkty jak:
- pielęgnujący olejek do mycia ciała z olejkiem morelowym i różanym;
- nawilżająco-rozświetlające mleczko do ciała z olejkiem morelowym, białą lilią i masą perłową;
- dezodorant z olejkiem morelowym i olejkiem z szałwii;


Pielęgnujący olejek do mycia ciała z olejkiem morelowym i różanym

Produkt ma bardzo ładne i praktyczne opakowanie, z którego mi się bardzo wygodnie aplikowało płyn. Posiada prześliczny, dosyć intensywny zapach, który czuć cały czas podczas kąpieli! :kocham: Według mnie zdecydowanie przeważają morele, ale i róże są delikatnie wyczuwalne. :serce: Konsystencja jest gęsta, a co za tym idzie olejek jest bardzo wydajny. Wystarczy niewielka ilość nałożona na gąbkę, żeby mocno się pieniła i wystarczyła na umycie całego ciała. Olejek świetnie sobie radzi z oczyszczeniem skóry. Nie zostawia po sobie tłustej warstwy. Po kąpieli skóra jest gładka, mięciutka, nawilżona i ładnie pachnie, lecz zapach utrzymuje się na niej bardzo krótko. Pomimo zawartości SLS nie wysusza skóry. Buteleczka zawiera 250 ml produktu.

Skład:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Glycerin, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Caprylic/Capric Trigliceride, Rosa Damascena Flower Extract, Polyquaternium-7, Polysorbate 20, Citric Acid, Sodium Hydroxide, Sodium Benzoate, Parfum, Citronetlol, Geraniol, CI 47005, CI 1720.



Nawilżająco-rozświetlające mleczko do ciała z olejkiem morelowym, białą lilią i masą perłową

Opakowanie jest bardzo poręczne i posiada pompkę, która ułatwia dozowanie produktu. Pojemność buteleczki to 250 ml. Mleczko ma prześliczny zapach! Wyczuwam zarówno morele jak i lilie, takie pół na pół w intensywności co bardzo mi się podoba, bo spodziewałam się, że morele zdominują zapach, a lilie gdzieś delikatnie będzie można tylko poczuć. Mleczko ma jasnopomarańczowy kolor i lekką konsystencję, dzięki której łatwo się rozprowadza i bardzo szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy na skórze. Musze podkreślić, że wchłanianie jest naprawdę błyskawiczne, bo przy większości mleczek czy balsamów potrzeba z 2 minuty aż się wchłoną całkowicie, a tu trwa to z 20-30 sekund, więc byłam mile zaskoczona! Nawilżenie po tym mleczku jest świetne! Skóra jest miękka i gładka w dotyku. Oprócz tego mleczko ma w sobie złociste drobinki z masy perłowej, które pozostają na skórze i ładnie się mienią w słońcu. Przed użyciem nie byłam przekonana do tego efektu rozświetlenia, ale te drobinki są tak malusieńkie i dają tak ładny, a zarazem delikatny efekt, że bardzo mi się to podoba. Zapach na skórze utrzymuje się jeszcze długo po aplikacji. Jestem zachwycona tym mleczkiem! 

Skład:
Aqua, Paraffinum Liquidum, Glycerin, Lilium Candidum Flower Extract, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Caprylyl Glycol, Mica, Silica, Hydrogenated Palm Glycerides, Potassium Cetyl Phosphate, Butylene Glycol, Carbomer, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, p-Anisic Acid, Parfum, CI 77891, CI 15985, CI 19140. 



Dezodorant z olejkiem morelowym i olejkiem z szałwii

Kosmetyk zamknięto w bardzo ładnym opakowaniu, które od razu kojarzy się z ciepłem i słońcem. Atomizer nie zacina się i dozuje odpowiednią ilość produktu. Buteleczka ma 200ml pojemności, więc jest dosyć duża co jest ogromnym plusem. Dezodorant okazał się świetny i zdecydowanie jest jednym z lepszych jakie kiedykolwiek miałam okazję testować! Od pierwszego użycia jestem nim zachwycona! Ma śliczny zapach, który bardzo przypadł mi do gustu. Z początku trochę czuć mocno alkohol, ale szybko się ulatnia i pozostaje tylko piękny owocowy zapach. Fajnie odświeża i nadaje przyjemny aromat, który czuć przez długi czas! Świetnie radzi sobie z maskowaniem nieprzyjemnych zapachów przy normalnej, codziennej aktywności! Taka ochrona trwa niemal przez cały dzień, aczkolwiek przy większym wysiłku nie radzi sobie aż tak dobrze i trzeba go użyć częściej i w większej ilości. Jeśli chodzi o ochronę przed potem to tu też spisał się fajnie. Jestem osobą, która ma niestety problem z nadmiernym poceniem pod pachami, a po użyciu tego dezodorantu czułam się tak jakbym użyła też dobrego antyperspirantu, więc było to pozytywne zaskoczenie, bo wydzielanie potu zostało mocno zmniejszone. Jedynym małym minusem jest to, że kosmetyk kilka razy podrażnił u mnie skórę, co objawiło się lekkim zaczerwienieniem i dosyć mocnym pieczeniem przez ok. 10 minut. Pierwszy raz w życiu miałam taką sytuację, bo nigdy wcześniej przy używaniu jakiegokolwiek produktu tego typu nic podobnego się nie działo. Nie wiem skąd taka reakcja mojej skóry, bo nie psikałam dezodorantem po depilacji.. ale mimo to i tak jestem zdecydowanie na tak. Produkt nie pozostawia śladów na ubraniach czy skórze. Mogłam się z niego cieszyć cały miesiąc.

Skład:
Alcohol Denat, Butane, Isobutane, Propane,Propylene Glycol, Salvia Sclarea Oil,Prunus Armeniaca Kernel Oil,Ethylhexylglycerin, Tocopheryl Acetate,Triethyl Citrate,PEG-40 Hydrogenated Castor Oil,Tocopherol, Parfum, Linalool.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z każdego produktu! Cała seria pachnie przepięknie! Nuty zapachowe moreli i zapach białych kwiatów lilii wprawiają nas od razu w dobry nastrój, a zapach kojarzy się z latem i słońcem. Co do działania tych kosmetyków również mam pozytywne odczucia, więc chętnie będę sięgać również po inne produkty LPM.
Copyright © 2014 pastelowyblog.pl , Blogger